
Najpierw można np. zjeść pyszne śniadanie własnoręcznie ugotowane, znaczy, upolowane przez Piotrka. Wiemy, że ryzykował życie wydzierając pyszne cheesburgery z paszczy Burger Kinga:

mając przed oczami ryzyko strasznej śmierci. Za to na pewno wynagrodził mu to wyraz radości na twarzy Larrego, gdy ten zagłębił się w morze smaku i cholesterolu. Wtedy to nasze tętnice zaśpiewały unisono "Dziękujemy Ci, Piotrku K!" :)
Następnie trzeba było wykorzystać całą tą energię, a że akurat w pobliżu leżało Wii na 4 graczy... Tutaj widać jak się pięknie NIE zgrywamy próbując wiosłować w jedną stronę :). Ah te nasze zacięte pyszczki walczące o zwycięstwo, zwłaszcza Paweł ;). W sumie on jako jedyny widział gdzie płyniemy :P
Dobra, ile można współpracować? Następny etap, tenis w deblu! Chłopaki się łoili aż miło. Serio, zrobiła się prawdziwa widownia, brakowało tylko popcornu i dzieci biegających za piłeczkami. Już rozumiem jak ludzie mogą wysiedzieć po dwie godziny w słońcu aby oglądać małą żółta kulkę latająca w tę i we w tę :OChwilę później net wrócił a my wróciliśmy do pracy. Zostały nam wspomnienia, fotki, i ten filmik nakrecony ukrytą kamerką :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz